Babinicz Helena

Helena Babinicz z domu Mackiewicz, zmarła 3 czerwca 1997 roku. W 1945 roku wyszła za mąż za Waldemara Babinicza z którym wspólnie prowadzili Uniwersytet Ludowy w Pawłowicach, a później w Rożnicy. W 1968 roku Państwo Babiniczowie zostali „zmuszeni” do opuszczenia Kielecczyzny. Osiedli w Nałęczowie.

 

Helena Babinicz we wspomnieniach Andrzeja Janiona

Wspaniałe nosiła imię, imię Heleny trojańskiej, choć nie grzeszyła urodą. Była chyba znacznie starsza od męża i stąd ta pomarszczona twarz, z grubą warstwą pudrów, szminek i innych kobiecych tajemnic.
To pewnie te pudry, szminki i inne mazidła zniszczyły jej urodę, bo Stary twierdził, że kiedyś była piękną kobietą, o którą toczył bój z licznymi adoratorami. Wierzę mu, bo kto by się żenił z brzydką kobietą.
Stara, była starsza od wszystkich innych kobiet w naszym otoczeniu, lecz naturę i energię miała zda się młodzieńczą. Nosiła się elegancko, zupełnie inaczej niż jej mąż. Bo pan Babinicz tylko na wyjazd elegantniał, a na lekcje chodził w wyświechtanych spodniach z wypchanymi kolanami i marynarce pamiętającej zapewne przedwojenne lepsze czasy. Gdy patrzyło się na naszego profesora w tym jego odzieniu, nigdy byś nie pomyślał, że to wykształcony, mądry człowiek, lecz nędzny urzędniczyna z najniżej opłacanego biura. To klasyczny przykład, że nie szata zdobi człowieka. Ona zaś zawsze była czysto, elegancko, choć nie wiem czy modnie odziana. Nie rozstawała się bowiem nigdy z dużą frędzlistą chustką narzuconą na ramiona. A nie przypominam sobie, by modnisie nosiły coś takiego. Może gdzieś tam w wyższych sferach, których ja ucząc się na głębokiej prowincji – nie mogłem oglądać.
Nie wiem czy modnie się nosiła, bo jakoś nigdy nie porozmawiałem z dziewczynami na ten temat, a tylko one się znały na modzie*
Aha, dodam jeszcze, że Nasza Dyrektorka w szczególnie uroczystych momentach szkolnych, w czasie naszych występów, bądź wizyty kogoś z zewnątrz zakładała i nosiła zapaskę świętokrzyską. Było jej nawet w tym twarzowo, jak mawiały dziewczyny.
Pani dyrektorka pachniała też jak francuska perfumeria. Zresztą nie było to żadnym zaskoczeniem. Używała wszak najlepszych perfum w tamtych czasach, które w paczkach otrzymywała jej siostra skądś tam ze „zgniłego zachodu”, a która „osobiście nie nadużywała pachnideł” i nie zalecała ich dziewczętom.
Na początku napisałem, iż profesorka Babiniczowa była nominowaną dyrektorką i napisałem to nie bez powodu, bo w rzeczywistości szkołą rządził niepodzielnie i to twardą ręką jej mąż, wspomniany już nieraz pan W. Babinicz.
O Babiniczowej niewiele mogę powiedzieć, bo raczej więcej jej nie było niż była w szkole. A gdy była, to nie udzielała się tak aktywnie jak inni nauczyciele, których wszędzie i pełno było ku naszemu utrapieniu. Z drugiej strony gdy przebywała w szkole, to niby wszyscy się jej bali, ale była raczej dobrym i pogodnym człowiekiem. Tak mogę powiedzieć, bo byłem chłopcem, których ona faworyzowała. Dziewczyny jednak mogłyby powiedzieć zupełnie coś odwrotnego, choć poza wyszukanymi wyzwiskami innego zła żadnej z nich nie wyrządziła. Babiniczowa bowiem potrafiła je nieraz zbesztać i wyzwać tak, że płakały po kątach, życząc jej srogą zemstę lub nagłą śmierć.
Dyrektorka, zresztą, nie miała patentu w takim traktowaniu dziewcząt. Nie była wcale odosobniona, bo i pozostali nauczyciele używali sobie na dziewczynach jako na słabszej płci. Dziwiło mnie to, bo w innych szkołach do których wcześniej chodziłem, dziewczyny nie były trzymane tak krótko i tak „podle traktowane”.
Pani B. uczyła nas biologii i w przedmiocie tym była niezwykle wymagająca, nawet w stosunku do chłopaków, których uważała za istoty wyższe niż żeńska płeć. Nie była sroga, ale nie pozostawiała pytań bez odpowiedzi. Pewnie dlatego tak dobrze opanowałem biologię, że mogłem później sam uczyć jej w szkole podstawowej. Jej konikiem było, zdaje się, pochodzenie, rozwój i rozmnażanie się człowieka i płciowość w ogóle. Pamiętam taki jeden epizod, który świadczyłby o tej słabości. Co ja mówię, pamiętam. Mam go opisany, zaraz poszukam. O jest, ale muszę go jednak uzupełnić, czyli zlokalizować miejsce akcji.
Nasza klasa znajdowała się na końcu wschodniego skrzydła szkoły. Gdzieś z dwadzieścia do trzydziestu metrów od okien naszej klasy była polna droga do Ważyna i dalej do Jędrzejowa, a za tą drogą znajdowało się gospodarstwo. Nie pamiętam, była to spółdzielnia produkcyjna, czy PGR. Wiem natomiast, że tam znajdowały się stajnie dla koni, między innymi i naszych szkolnych ponoć.
Któregoś dnia, kiedy akurat mieliśmy biologię z panią Babiniczową i uczyliśmy się o rozmnażaniu człowieka, koś tam ze wsi przyprowadził kobyłę do ogiera i cały ten koński romans odbywał się na naszych oczach. Inny nauczyciel na miejscu pani Babiniczowej, kazałby nam odwrócić oczy albo wyprowadził nas z tej „nieprzyzwoitej klasy”. Dyrektorka wszakże nie uczyniła tego, a wręcz przeciwnie potraktowała to jako demonstrację seksualnych zachowań homo sapiens.
Dziewczyny przez całą lekcje były czerwone jak burak i milczały. My zaś siedzieliśmy z ręką w kieszeni, „by ptak nie wyfrunął z klatki rozporka”. (fragment ocenzurowany AM :) )
Poza biologią zasadniczo nie mieliśmy innych kształcących zajęć z panią Heleną z wyjątkiem… Tym wyjątkiem był taniec, który był niechlubnym przykładem jak to piękna, pobłażająca Helena stawała się okrutnikiem. Zdarzało się to wówczas kiedy z nieznanych powodów nie przyjeżdżała na planowe zajęcia do szkoły primabalerina, pani Hryniewiczowa- choreografka. Wówczas to, zastępowała ją dyrektorka i znęcała się na nas w sobotę od dziewiątej do osiemnastej i w niedzielę od dziewiątej, też do osiemnastej. Dawała nam w kość tak, że nie było siły iść na kolację. Szło się do internatu, waliło na łóżko i natychmiast zasypiało. Między biologią a tańcem ludowym i klasycznym to zaskakująca wolta, ale pani Babiniczowa znała się na tańcu nie ogorzej od zawodowej tanecznicy pani Hryniewiczowej.
To tyle o dyrektorce. A teraz napiszę jeszcze trochę o jej siostrze, która była wychowawczynią dziewcząt.
*)Nie wiedziałem, bo jak każdy inny chłopak, nie miałem pojęcia o damskiej modzie, zwłaszcza, że dyrektorka Babiniczowa nie pozwalała naszym koleżankom na nic więcej poza czarnym lub granatowym fartuchem z białym kołnierzykiem. Dziewczyny odreagowywały dopiero gdy Babiniczowa udawała się na kilka dni dwa razy w miesiącu do wielkiego świata, do Krakowa lub Warszawy aby odetchnąć kulturą, przez durze „K” jak mawiała. Wtedy dziewczyny szalały. Wyciągały z dna walizek strojne szaty i ostentacyjnie paradowały całe dnie. Nawet profesor Babinicz nie mógł z nimi poradzić. Była to jednak taka kakofonia strojów, że pozostali nauczyciele odwracali od nich oczy. Nam się to podobało. Po tych strojach mogliśmy zauważyć że każda z dziewczyn jest niepowtarzalną i jedyną. W fartuchach były przecież wszystkie podobne do siebie jak sztachety w płocie.

Oznaczone: Autor: Andrzej Janion

Pozytywnie zakręcony pasjonat kielecczyzny, absolwent Politechniki Świętokrzyskiej. Fotografuje co nieco i jako tako. Opisuje jak umie i stara się uratować od zapomnienia wszystko co się da :)

Bez komentarza

Skomentuj

Blue Captcha Image

*

KORNECKI JAKUB – snycerz

Tekst prezentowany poniżej autorstwa J.L. Kaczkowskiego, został wydrukowany w publikacji pt. Pamiętnik Kielecki na rok zwyczajny 1874 pod red. ks. […]

CHMIELNIK – dawne miasto prywatne

Miasto położone jest na pograniczu Pogórza Szydłowskiego i Niecki Nidziańskiej nad rzeką Mruczą, u źródeł rzeki Schodniej (Wschodniej). Jego nazwa […]

Mirzec. Kapliczka św. Jana Nepomucena

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Wiatr Czasami można się zdziwić co jest pod warstwami farby. Przed … Po I jeszcze profil […]

Mokrsko Dolne. Renowacja baptysterium i chrzcielnicy Santi Gucciego

Zdjęcia: Grzegorz Wiatr Kościół w Mokrsku Dolnym z końca XIII w. pw Wniebowzięcia NMP. Przed i po renowacji. Jeszcze bez […]

Lisów. Epitafia Krasińskich

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Wiatr Historia jednego pocisku Czyli epitafia Krasińskich w Lisowie Kaplica Krasińskich w Lisowie. To tu leżą […]

Lisów. Ołtarz św. Barbary w Kaplicy Krasińskich w Lisowie

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Wiatr O takim jednym co Baśkę rozebrał Ta oto Barbara jest bardzo bardzo stara. Nie skłamię […]