Wieś Rożnica leży w gminie Słupia Jędrzejowska, osiem kilometrów od Sędziszowa, należąc do sędziszowskiej parafii św. Piotra i Pawła. O Rożnicy wspomina w Liber Beneficiorum Długosz, pisząc, że jest własnością pana Rożnieckiego herbu Lis, a dziesięcinę z łanów kmiecych płaci plebanowi z Sędziszowa. Z następnych stuleci nie mamy już tak precyzyjnych informacji jak od Jana Długosza. Wiadomo, że w 1. połowie XIX wieś należała do rodziny Badenich. Była tu wówczas gorzelnia, a dobra Badenich składały się z dwóch folwarków: Modlina (Podczarne) i Nowej Wsi. Antoni Badeni, żonaty z Petronelą Kiełczewską, zmarł w roku 1828, a jego małżonka w 1833 – takie daty widnieją na ich grobowcu. Czy byli to ostatni z tej rodziny właściciele Rożnicy, czy jeszcze ktoś inny władał rożnickimi dobrami przed Rochem Laskowskim, który zmarł w roku 1865 i był podobno ostatnim dziedzicem? W roku 1866 na licytacji ziemię i pałac kupił bankier Pfeffer. Na przełomie XIX i XX stulecia właścicielem dóbr stał się Bank Włościański.
Pałac zbudowany został prawdopodobnie przez Badenich w 1. ćwierci XIX stulecia. Zapewne był to obiekt stanowiący połączenie klasycyzmu z eklektyzmem i stanowi on trzon dzisiejszego pałacu. Zachował się częściowy opis obiektu – jednak wiarygodność jego nie jest stuprocentowa. Cytuję za „Gazetą Jędrzejowską” : „...piętrowy, z dachem łamanym w styl francuski, kryty gontem, z kaplicą, salą balową, z trzema tarasami. Na dole piękny hol sześcioboczny, z każdej ściany drzwi do jadalni, salonów, gabinetu, kancelarii. Piękne stiuki, kosztowne tapety, marmurowe kominki i posadzki z różnokolorowego drewna… W tym stanie budynek był jeszcze roku 1906…”. Pałac nie jest wpisany do rejestru zabytków. W rejestrze znajduje się za to założenie parkowe, datowane na 1. połowę XIX stulecia.
W latach 1923-39 pałac w Rożnicy przejęła szkoła rolniczo-ogrodnicza. Początkowo szkoła działała w naprędce dostosowanym obiekcie, ale w roku 1928 przystąpiono do znaczącej przebudowy i rozbudowy – zarówno pałacu jak i całego zespołu. Pałac składa się z budynku głównego oraz dwóch oficyn, zbudowanych w roku 1928: zachodniej (obecnie zajmowanej przez szkołę – wcześniej było tu mieszkanie dyrektora) oraz wschodniej (jest tu także szkoła, pierwotnie był dom nauczyciela, a potem przedszkole). W roku 1928 powstało też gospodarstwo pomocnicze szkoły, składające się z kilku obiektów. Jest to dom kierownika, obora, spichlerz, mleczarnia i kuźnia. Wszystkie obiekty są murowane i stanowią  interesujący i bardzo udany przykład charakterystycznych dla lat dwudziestych poszukiwań „stylu rodzimego” w polskiej architekturze.
W roku 1950 pałac wyremontowano. W 1952 przeniósł się tu z pałacu z pobliskich Pawłowic (gdzie zakładano spółdzielnię produkcyjną) tzw. Uniwersytet Ludowy, kierowany przez Waldemara Babinicza. Postać Babinicza – literata, wychowawcy, działacza kulturalnego, naprawdę wielkiego człowieka, zasługuje na szersze omówienie, na co brak tu miejsca. Dodam tylko, że za trud i wielkie serce włożone przez niego w dzieło usuwania przepaści cywilizacyjnej dzielącej wówczas wieś od miasta, został po „marcu 1968” przez peerelowskie władze usunięty ze stanowiska. I to go zabiło. Zmarł rok później w Nałęczowie, w wieku 67 lat. Los Babinicza, zwanego w Rożnicy „chrzestnym„, w jakimś stopniu podzielił też pałac. Oczywiście to tylko zbieg okoliczności, ale bardzo znamienny – pałac w Rożnicy spłonął w roku 2000. W marcu!

Oznaczone: Autor: Roman Mirowski

Pozytywnie zakręcony pasjonat kielecczyzny, absolwent Politechniki Świętokrzyskiej. Fotografuje co nieco i jako tako. Opisuje jak umie i stara się uratować od zapomnienia wszystko co się da :)

8 komentarzy to “ROŻNICA Pałac. Gmina Słupia, powiat jędrzejowski.” Subscribe

  1. Bożena 4 marca 2012 at 09:37 #

    Dziękuję za przybliżenie miejsca urodzenia i dzieciństwa w sentymentalnie białym domu – tuż za murem pałacu. Drogę do szkoły, nad staw przy remizie przebiegałam przez park przy pałacu. Wieczorem z duszą na ramieniu, gdyż było pusto i straszyło….. Właściwie cała milsza część dzieciństwa wiąże się z tym parkiem, pałacem, który wnosił w monotonne życie – powiew wielkiego świata. Podglądałam próby zespołów tanecznych UL – dręczone przez p. Babiniczową. Chodziłam na zajęcia świetlicowe, a nawet w czasach licealnych na bale w wielkiej sali…. Smutna część dzieciństwa – to inwigilacja niepoprawnej rodziny przez ówczesne władze, rewizje, aresztowania ojca, kilkuletnie więzienie stryja. Dużo by mówić o swoistym niedostosowaniu do czasów i otoczenia. Dobrą stroną, okazało się pragnienie szukania własnej bliższej sercu drogi. Znałam i ceniłam rodzinę Babiniczów. W 1968 roku tuż przed opuszczeniem Rożnicy przez p.p. Babiniczów – zostałam zaproszona z moim przyszłym mężem na wino z sernikiem z okazji ukończenia studiów. W tymże roku zamieszkałam w uroczym podkrakowskim miasteczku, a rodzice w 1970 – opuścili Rożnicę. Odbyłam kilka lat temu sentymentalną podróż do R., ale tam nie ma już mojego białego domu, park-widmo, pałac zrujnowany, brak bliskich i koleżeństwa.

    A może ktoś z rocznika plus, minus 1946, lub zstępnych – powspomina ze mną ? Podaję na dole e-mail.

    Proszę o ewentualne opowieści o ludziach, losach itp.

    e-mail: polline.crac@gmail.com

    • Anna 26 lutego 2013 at 13:52 #

      I ja tam bylam … w wakacje, w roku wielkiego zlotu młodzieży pod Grunwaldem, czyli w 1960 r. Moja Babka pracowała tam jako intendent, kierownik kuchni – slowem karmiła całą czeredę, lgnących zresztą do niej, uczniów najpierw chyba Liceum Kulturalno-Oswiatowego a potem Uniwersytetu Ludowego. Widziałam przygotowania zespołu pieśni i tańca na ten właśnie zlot, mam nawet jakies pamiątkowe zdjęcia z nimi. Poznalam państwo Babiniczów, mieszkała z nimi chyba jeszcze jakaś krewna, także pracująca w tej uczelni, Potem już tylko dochodziły mnie echa dalszych losów tej szkoły i ludzi z nia związanych. Miło było powspominać, dziękuję

  2. Andrzej 11 maja 2013 at 16:17 #

    Nazywam się Andrzej Janion (przezwisko lord Ądre) i jestem wielce rad , że udało mi się wreszcie uchwycić końca nici Ariadny, to znaczy trafić na Rożnicę i wspomnienie o Babiniczach. Jestem absolwentem PLK-O z roku 1958 czyli przedostatniego, albowiem w 1959 nastąpiło rozwiązanie naszego liceum najwspanialszej szkoły kształcącej specjalistów do pracy w kulturze i sztuce. Gdyby jeszcze raz przyszło mi żyć na tej planecie ani chybi otworzyłbym osobiście taką uczelnię. Dla przypomnienia załączam listę uczniów dopuszczonych do ustnych egzaminów dojrzałości, którą osobiście zdjąłem z tablicy ogłoszeń po egzaminach maturalnych: Banach Barbara, Białas Stanisław, Bąk Wanda, Cicha Albina, Cetera Alina, Gonsior Henryk, Grzegorczyk Halina, Grębowiec Władysława, Gronostaj Lucyna, Gołębiowska Maria, Hadyk Halina, Jarmułowicz Czesław, Janion Andrzej, Jaskólska Halina, Kaczor Genowefa, Kamińska Barbara, Kulbaczewska Leokadia, Kwiatek Barbara, Kwiecień Zuzanna, Kornecka Kazimiera, Krzyk Irena, Kurzyna Janina, Kwiecień Stanisław, Lipiński Antoni, Marzec Kalina, Niestoruk Mieczysław, Nowak Stefan, Pasek Izabela, Pągiel Janina, Reducha Maria, Rutkowski Mieczysław, Ślosarek Jan, Suchecka Zofia, Słabowska Wanda, Skiba Helena, Śnieda Maria, Ślosarczyk Henryk, Świat Józef, Smardzewska Barbara, Stolarz Stanisława, Toporek Janina, Wyrzykowska Maria, Wiatr Wanda, Wójcik Marian, Zapała Kazimierz, Zuba Zofia, Żołdak Genowefa oraz Graca Janina, Skrzyńska Irmina, Twardowska Maria. Kto mnie pamięta proszę o kontakt. Mieszkam tam gdzie mieszkałem czyli w Letnicy pod Zieloną Górą. Ja, Halina Grzegorczyk i kilku innych kolegów byliśmy relegowani z TMR w Wacynie pod Radomiem przed sławetnym „październikiem” 1956 roku i trafiliśmy do Rożnicy. Dla mnie PLK-O było najwspanialszą szkołą, a Babibiczowie i cała kadra najwspanialszymi nauczycielami. Napisałem wspomnienia z tej szkoły, ale nie publikowałem. Będę starał się otworzyć swoją stronę i w niej zaprezentuje ten tekst. Czekam na odzew moi wspaniali koledzy i koleżanki. Więcej o mnie w Internecie.

    • Andrzej 28 maja 2013 at 20:05 #

      Andrzej 28.05.2013
      Pan Waldemar Babinicz nienominowany lecz faktyczny dyrektor szkoły. Zasadniczo był nauczycielem literatury powszechnej, ale uczył też i innych przedmiotów gdy dostrzegał taką potrzebę u nas lub niedociągnięcia innych nauczycieli. Przed maturą , na naszą prośbę przygotowywał nas z j. polskiego, bo polonista sobie nie radził.Prowadził też i inne zajęcia, których nie było w programie, a które wzbogacały naszą naszą wiedzę, umiejętności, kulturę konieczne dla przyszłych pracowników kultury. Wzbogacał naszą wiedzę z zakresu sztuki reżyserskiej reżyserując sztuki np. „Wesele” Wyspiańskiego, tudzież inne produkcje artystyczne, montaże słowno muzyczne itp. Uczył podstaw filozofii, savoir-vivre, śpiewu, tańca, a nawet „różańca”, o ile załatwienia księdza do wykładów filozofii można by tak sklasyfikować. Organizował nam też wyjazdy z teatrem i do teatru. Jeżeli pan Babinicz był Żydem, a był, to mój antysyjinizm w stosunku do niego nie miał zastosowania, bo był to wspaniały człowiek i nauczyciel. Niezwykle pracowity i oddany wychowywaniu i kształceniu młodzieży.. Profesor Babinicz miał liczne wady i rogi, które dostrzegałem wszak tylko tam i wtedy… i ostro. Nazbyt ostro. Dziś wydają się błahymi, nic nieznaczącymi ludzkimi ułomnościami, a przecież tak, bo przydającymi człowiekowi kolorytu – jeżeli można się tak wyrazić. I są one ową solą i pieprzem odróżniającymi ludzi od siebie. W czasach kiedy było się pięknym i młodym, ze szczególną siłą i uwagą obserwowało się swoich wychowawców – nauczycieli. Zwłaszcza pod kątem sprzeczności, jakie zachodzą między tym co mówią o wzorcu ludzkiego zachowania, właściwym bagażu cech, a tym co sami sobą reprezentowali, robili i czym byli w naszych oczach.Słowem, szukało się w ich czynach, słowach i postawie potknięć, hipokryzji. Słowem, szukało się tego przysłowiowego źdźbła w oku. Profesor Babinicz na pewno nie był wzorem cnut i my wiedzieliśmy o tym, ale choć nieraz buntowaliśmy się, to wszak po cichu ceniliśmy go za umiejętność uczenia. On naprawdę chciał nas nauczyć i nauczył. Niewiele mi zostało w pamięci z tego co uczyli inni poloniści. Jednakowoż z tego co uczył nas pan Babinicz pamiętam do dziś i nawet mam zeszyty z jego przedmiotu, do których z lubością zaglądam. Wiele zawdzięczam temu człowiekowi, bo w nowej szkole (przeszedłem z TMR do trzeciej klasy PL-KO) nadal nie radziłem sobie z ortografią mimo heroicznych wysiłków moich, polonisty i koleżanek. Wtedy nie istniało jeszcze pojęcie dysortografii, niemniej pan Babinicz wprowadził wówczas _ wyłącznie dla mnie – podwójną klasyfikację. Dostawałem dwa stopnie. Oddzielnie za wartość merytoryczną i styl i oddzielną za ortografię. Miało się to zawsze jak 5:2. Nie docenialiśmy go za żucia na tyle na ile zasługiwał, a był to przecież wspaniały człowiek , który nie szczędził wysiłku, by przygotować nas do matury i nie tylko ze4 swojego przedmiotu – literatury powszechnej ale i z j. polskiego. Przychodziło po lekcjach i wałkował temat, które mogły być na egzaminie. Na pewno nikt mu za to nie płacił. Odwalał tę robotę za polonistę, który choć był magistrem i miał wielkie aspiracje naukowe, w ogóle nie potrafił uczyć. Stary robił to dobrze tak dobrze, że jeszcze wiele lat po szkole sam, na bazie czego nauczył mnie profesor Babinicz, pomagałem innym w przygotowaniu się do matury. Pisałem prace kontrolne za które dostawali piątki. Uczył tak doskonale, że nie musiałem robić notatek i powtarzać po lekcjach.Wystarczył mi jego wykład, który zapamiętywałem „toczka w toczkę” na całe życie. Dziś jest mi głupio, że nieraz buntowałem się, że uważałem go za hipokrytę. Ale cóż, to była młodość „chmurna i durna”… Dziś wszak poczytuję sobie za zaszczyt bycia jego uczniem i myślę, że wszyscy moi koledzy i koleżanki myślą podobnie. Dlatego piszę „my”, a nie ja. Potem w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku dowiedziałem się, że znalazło się kilku zetempowsko – partyjnych karierowiczów z Kielc, którzy oczernili, zapluli, zaszczuli na śmierć pana Babinicza, zazdroszcząc mu jego sukcesów. Zajęli jego miejsce, lecz niczego nie dokonali. Do pracy z młodzieżą, trzeba mieć i wiedzę i serce. Tamci dwaj nie mieli ani jednego, ani drugiego. Znam nazwiska tych karierowiczów lecz ich nie wspomnę. I niech za to szczeźnie po nich wszelka pamięć, jak po podpalaczu biblioteki aleksandryjskiej.Zresztą są tu nawet pewne analogie. Owi panowie w dwa lata doprowadzili szkołę do zapaści organizacyjnej. Rok później zamknięto ją i podpalono..
      Panie profesorze, gdziekolwiek pan jest, a nie wątpię, że „Za ścianą”, „U Pana Boga a piecem”, z „Zapaloną Pochodnią”, na „Biesiadzie z Kumplami „.

  3. Andrzej 28 maja 2013 at 20:16 #

    Ciág dalszy o profesorze Babiniczu.
    …którzy juz tam dotarli i gdzie ja się kiedyś wybiorę.Dziękuję Panu i proszę o wybaczenie grzechów mojej młodosci. Proszé sié wstawic za mnie u pana Boga, by dal mi dlgie i zdrowe zycie, a potem przyjal na literacká biesiade u siebie,

  4. Andrzej 30 czerwca 2013 at 08:56 #

    Pani Helena Babiniczowa.
    Wspaniałe nosiła imię, imię Heleny trojańskiej, choć nie grzeszyła urodą. Była chyba znacznie starsza od męża i stąd ta pomarszczona twarz, z grubą warstwą pudrów, szminek i innych kobiecych tajemnic.
    To pewnie te pudry, szminki i inne mazidła zniszczyły jej urodę, bo Stary twierdził, że kiedyś była piękną kobietą, o którą toczył bój z licznymi adoratorami. Wierzę mu, bo kto by się żenił z brzydką kobietą.
    Stara, była starsza od wszystkich innych kobiet w naszym otoczeniu, lecz naturę i energię miała zda się młodzieńczą. Nosiła się elegancko, zupełnie inaczej niż jej mąż. Bo pan Babinicz tylko na wyjazd elegantniał, a na lekcje chodził w wyświechtanych spodniach z wypchanymi kolanami i marynarce pamiętającej zapewne przedwojenne lepsze czasy. Gdy patrzyło się na naszego profesora w tym jego odzieniu, nigdy byś nie pomyślał, że to wykształcony, mądry człowiek ,lecz nędzny urzędniczyna z najniżej opłacanego biura. To klasyczny przykład, że nie szata zdobi człowieka. Ona zaś zawsze była czysto, elegancko, choć nie wiem czy modnie odziana. Nie rozstawała się bowiem nigdy z dużą frędzlistą chustką narzuconą na ramiona. A nie przypominam sobie, by modnisie nosiły coś takiego. Może gdzieś tam w wyższych sferach, których ja ucząc się na głębokiej prowincji – nie mogłem oglądać.
    Nie wiem czy modnie się nosiła, bo jakoś nigdy nie porozmawiałem z dziewczynami na ten temat, a tylko one się znały na modzie*
    Aha, dodam jeszcze, że Nasza Dyrektorka w szczególnie uroczystych momentach szkolnych, w czasie naszych występów, badź wizyty kogoś z zewnątrz zakładała i nosiła zapaskę świętokrzyską. Było jej nawet w tym twarzowo, jak mawiały dziewczyny.
    Pani dyrektorka pachniała też jak francuska perfumeria. Zresztą nie było to żadnym zaskoczeniem. Używała wszak najlepszych perfum w tamtych czasach, które w paczkach otrzymywała jej siostra skądś tam ze „zgniłego zachodu”, a która „osobiście nie nadużywała pachnideł” i nie zalecała ich dziewczętom.
    Na początku napisałem, iż profesorka Babiniczowa była nominowaną dyrektorką i napisałem to nie bez powodu, bo w rzeczywistości szkołą rządził niepodzielnie i to twardą ręką jej mąż, wspomniany już nieraz pan W. Babinicz.
    O Babiniczowej niewiele mogę powiedzieć, bo raczej więcej jej nie było niż była w szkole. A gdy była, to nie udzielała się tak aktywnie jak inni nauczyciele, których wszędzie i pełno było ku naszemu utrapieniu. Z drugiej strony gdy przebywała w szkole, to niby wszyscy się jej bali, ale była raczej dobrym i pogodnym człowiekiem. Tak mogę powiedzieć, bo byłem chłopcem, których ona faworyzowała. Dziewczyny jednak mogłyby powiedzieć zupełnie coś odwrotnego, choć poza wyszukanymi wyzwiskami innego zła żadnej z nich nie wyrządziła. Babiniczowa bowiem potrafiła je nieraz zbesztać i wyzwać tak, że płakały po kątach, życząc jej srogą zemstę lub nagłą śmierć.
    Dyrektorka, zresztą, nie miała patentu w takim traktowaniu dziewcząt. Nie była wcale odosobniona, bo i pozostali nauczyciele używali sobie na dziewczynach jako na słabszej płci. Dziwiło mnie to, bo w innych szkołach do których wcześniej chodziłem, dziewczyny nie były trzymane tak krótko i tak „podle traktowane”.
    Pani B. uczyła nas biologii i w przedmiocie tym była niezwykle wymagająca, nawet w stosunku do chłopaków, których uważała za istoty wyższe niż żeńska płeć. Nie była sroga, ale nie pozostawiała pytań bez odpowiedzi. Pewnie dlatego tak dobrze opanowałem biologię, że mogłem później sam uczyć jej w szkole podstawowej. Jej konikiem było, zdaje się, pochodzenie, rozwój i rozmnażanie się człowieka i płciowość w ogóle. Pamiętam taki jeden epizod, który świadczyłby o tej słabości. Co ja mówię, pamiętam. Mam go opisany, zaraz poszukam. O jest, ale muszę go jednak uzupełnić, czyli zlokalizować miejsce akcji.
    Nasza klasa znajdowała się na końcu wschodniego skrzydła szkoły. Gdzieś z dwadzieścia do trzydziestu metrów od okien naszej klasy była polna droga do Ważyna i dalej do Jędrzejowa, a za tą drogą znajdowało się gospodarstwo. Nie pamiętam, była to spółdzielnia produkcyjna, czy PGR. Wiem natomiast, że tam znajdowały się stajnie dla koni, między innymi i naszych szkolnych ponoć.
    Któregoś dnia, kiedy akurat mieliśmy biologię z panią Babiniczową i uczyliśmy się o rozmnażaniu człowieka, koś tam ze wsi przyprowadził kobyłę do ogiera i cały ten koński romans odbywał się na naszych oczach. Inny nauczyciel na miejscu pani

    Babiniczowej, kazałby nam odwrócić oczy albo wyprowadził nas z tej „nieprzyzwoitej klasy”. Dyrektorka wszakże nie uczyniła tego, a wręcz przeciwnie potraktowała to jako demonstrację seksualnych zachowań homo sapiens.
    Dziewczyny przez całą lekcje były czerwone jak burak i milczały. My zaś siedzieliśmy z ręką w kieszeni, „by ptak nie wyfrunął z klatki rozporka”.
    Po tej lekcji chłopcy pobiegli za szkołę, by „wyprać konia”. A jak dziewczyny rozładowały swoje napięcie seksualne, pozostaje mi tajemnicą.
    Poza biologią zasadniczo nie mieliśmy innych kształcących zajęć z panią Heleną z wyjątkiem… Tym wyjątkiem był taniec, który był niechlubnym przykładem jak to piękna, pobłażająca Helena stawała sie okrutnikiem. Zdarzało się to wówczas kiedy z nieznanych powodów nie przyjeżdżała na planowe zajęcia do szkoły primabalerina, pani Hryniewiczowa- choreografka. Wówczas to, zastępowała ją dyrektorka i znęcała się na nas w sobotę od dziewiątej do osiemnastej i w niedzielę od dziewiątej, też do osiemnastej. Dawała nam w kość tak, że nie było siły iść na kolację. Szło się do internatu, waliło na łóżko i natychmiast zasypiało. Między biologią a tańcem ludowym i klasycznym to zaskakująca wolta, ale pani Babiniczowa znała się na tańcu nie ogorzej od zawodowej tanecznicy pani Hryniewiczowej.
    To tyle o dyrektorce. A teraz napiszę jeszcze trochę o jej siostrze, która była wychowawczynią dziewcząt.
    *)Nie wiedziałem, bo jak każdy inny chłopak, nie miałem pojęcia o damskiej modzie, zwłaszcza, że dyrektorka Babiniczowa nie pozwalała naszym koleżankom na nic więcej poza czarnym lub granatowym fartuchem z białym kołnierzykiem. Dziewczyny odreagowywały dopiero gdy Babiniczowa udawała się na kilka dni dwa razy w miesiącu do wielkiego świata, do Krakowa lub Warszawy aby odetchnąć kulturą, przez durze „K” jak mawiała. Wtedy dziewczyny szalały. Wyciągały z dna walizek strojne szaty i ostentacyjnie paradowały całe dnie. Nawet profesor Babinicz nie mógł z nimi poradzić. Była to jednak taka kakofonia strojów, że pozostali nauczyciele odwracali od nich oczy. Nam się to podobało. Po tych strojach mogliśmy zauważyć że każda z dziewczyn jest niepowtarzalną i jedyną. W fartuchach były przecież wszystkie podobne doi siebie jak sztachety w płocie.

    • Andrzej 30 października 2015 at 20:02 #

      „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” o maturzystach PLK-O rocznik 1968 i 1958 proszę o kontakt
      Andrzej Janion (jak wyżej) mail: andrzejjanion@wp.pl
      lub wpis do bloksa „Pro publico bono” Andrzeja Janion w rozdziale PLK-O Rożnica.

  5. Grzegorz 15 marca 2016 at 18:33 #

    A więc to Rożnica! Zagadka się rozwiązała.

    http://kielce.wyborcza.pl/kielce/56,35255,19754127,szkola-dla-rolnikow-sprzed-95-lat-rozpoznasz-kogos-na-zdjeciach.html

    Jeśli ktoś z Państwa posiada powojenne zdjęcia pałacu z Rożnicy proszę o kontakt. historycy.krasocin@interia.pl

Odpowiedz na Andrzej

Blue Captcha Image

*

KORNECKI JAKUB – snycerz

Tekst prezentowany poniżej autorstwa J.L. Kaczkowskiego, został wydrukowany w publikacji pt. Pamiętnik Kielecki na rok zwyczajny 1874 pod red. ks. […]

CHMIELNIK – dawne miasto prywatne

Miasto położone jest na pograniczu Pogórza Szydłowskiego i Niecki Nidziańskiej nad rzeką Mruczą, u źródeł rzeki Schodniej (Wschodniej). Jego nazwa […]

Mirzec. Kapliczka św. Jana Nepomucena

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Wiatr Czasami można się zdziwić co jest pod warstwami farby. Przed … Po I jeszcze profil […]

Mokrsko Dolne. Renowacja baptysterium i chrzcielnicy Santi Gucciego

Zdjęcia: Grzegorz Wiatr Kościół w Mokrsku Dolnym z końca XIII w. pw Wniebowzięcia NMP. Przed i po renowacji. Jeszcze bez […]

Lisów. Epitafia Krasińskich

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Wiatr Historia jednego pocisku Czyli epitafia Krasińskich w Lisowie Kaplica Krasińskich w Lisowie. To tu leżą […]

Lisów. Ołtarz św. Barbary w Kaplicy Krasińskich w Lisowie

Tekst i zdjęcia: Grzegorz Wiatr O takim jednym co Baśkę rozebrał Ta oto Barbara jest bardzo bardzo stara. Nie skłamię […]